herozone

blog o komiksach i superbohaterach

RECENZJE

Invincible. Tom 5- recenzja

Kilka razy spotkałem się z opinią, że Invincible to najlepszy komiks o superbohaterach na rynku. Im więcej czytam, tym bardziej uważam, że to prawda. Ukazał się właśnie piąty tom, który coraz bardziej utwierdza mnie w tym przekonaniu. Invincible, tom 5  wprowadza kilka istotnych zmian w życiu Marka. Zdrada kogoś, kogo uważał za przyjaciela, pogłębiający się romans, kłopoty z bratem oraz wile innych mniej lub bardziej istotnych wydarzeń.

Niech Marvel i DC się uczą

Jedną z najbardziej irytujących dla mnie rzeczy w komiksach z dwóch największych stajni jest umiłowanie autorów do wskrzeszania zmarłych bohaterów. Jest to swojego rodzaju plaga. Czytając Invincible, cały czas pozostaje ze mną miłe uczucie, iż żadna z postaci nie jest bezpieczna. Jeżeli ktoś zostaje zabity, to nie wraca za kilka miesięcy z coraz do bardziej naciąganymi wyjaśnieniami. U Kirkamna trup to trup. Chyba tylko Mark jest bezpieczny, choć tego też tak naprawdę nie wiemy.

Kolejna zaleta tego tytułu to całkowita kontrola jednego pisarza nad prezentowaną czytelnikowi fabułą. W dużych domach wydawniczych, co kilka, kilkanaście zeszytów zmienia się pisarz, rysownik, w związku z tym do głowy przychodzi powiedzenie, gdzie kucharek sześć tam nie ma co jeść. A Robert Kirkman może doprowadzić swoich bohaterów, tam, gdzie chce, jak chce i kiedy ma na to ochotę. Wszystko toczy się swoim rytmem, a kolejne kluczowe wydarzenia następują naturalnie, nie są wymuszone planami wydawniczymi i planem stworzonym przez marketingowców.

Powrót do dni świetności

Invincible, powiem to po raz kolejny i nie będzie to nic oryginalnego, to sentymentalna podróż Roberta Kirkmana do lat swojego dzieciństwa oraz bohaterów Silver Age. Z tym że swoją serię pisze zgodnie z duchem tamtych komiksów, ale przy użyciu współczesnych środków wyrazu. Jest tutaj bardziej mięsiście, bardziej skomplikowanie niż w komiksach z lat 60 ubiegłego wieku. Bohaterowie są bardziej wielowymiarowi, i to nie tylko ci pierwszoplanowi.

Pojawia się przemoc i to w bardzo graficznym, pozostawiającym niewiele wyobraźni stylu. Takim, którego nie spotkamy w DC lub w marveloskich zeszytach, może poza serią MAX. To jest komiks dla dorosłego, dojrzałego czytelnika. Takiego, który zauważy znajome tropy, ich parodię oraz jest w stanie odróżnić świat wyimaginowany od tego prawdziwego. Dla fanów superbohaterów jest to pozycja obowiązkowa.

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.

LEAVE A RESPONSE

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

+ 40 = 45

Komiksami i superbohaterami interesuję się od dziecka. Postanowiłem rozwijać swoją pasję oraz dzielić się nią z innymi. W ten sposób powstał projekt Herozone. Zapraszam do lektury, do komentowania i do wspólnego delektowania się światem superbohaterów.