herozone

blog o komiksach i superbohaterach

RECENZJE

Hawkeye. Troje – Recenzja

Niestety, po raz pierwszy od dłuższego czasu czytając przygody Clinta i Kate nudziłem się ogromnie. Wielkie dzięki Jeff Lemiere. Po znakomitej serii autorstwa Fraction/Aja duet Lemiere i Perez dali nam całkiem niezły przykład tego, że są w stanie udanie kontynuować tamten styl. Niestety w tym tomie pokazują, iż był to krótkotrwały etap i seria kończy się dużym spadkiem formy. Szkoda, bo całość hulała, aż miło i czytało się poprzednie tomy bardzo dobrze.

Prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy

Kontynuując fabułę z poprzedniego tomu, Lemiere skupia się na niezadowoleniu Kate z powodu oddania superdzieci SHIELD, co ma wpływ na jej relacje z Clintem. Dostajemy 3 linie czasowe, 3 narracje i 3 style ilustracji. Wszystko to wpływa na nasz odbiór i sprawia wrażenie jednego wielkiego bałaganu. Nic dziwnego, że Marvel miał dość po 6 zeszycie. Zobaczmy zatem, w czym tkwi problem.

Po pierwsze: te cholerne dzieci.

Nie uwierzę, że ktoś poza samym Jeffem był zainteresowany dalszymi losami biednych dzieci z poprzedniego tomu.  Są po prostu wymówką, by wprowadzić konflikt między parą głównych bohaterów. Relacje Clint/Kate są skomplikowane, jednak Lemiere ma problem z ukazaniem tej dynamiki w tak udany sposób, jak robił to Matt Friction. W wydarzeniach dziejących się współcześnie najlepsze są ilustracje Ramona Pereza, który i tak naśladuje wyjątkowy styl Davida Aja.

Po drugie: alternatywna przyszłość

Wydarzenia dziejące się w przyszłości są zupełnie bez znaczenia. Zostają skasowane przez to, co dzieje się współcześnie, więc po co nawet je wprowadzać. Miały pokazać znaczenia działań głównych bohaterów, a są tylko pretekstem do głupich żartów o staruszkach. Nawet ilustracje są nudne, ponieważ każda linia czasu ma inną stylistykę. W wypadku wydarzeń z przyszłości linie są roztrzęsione i nerwowe. Może miały one pokazać, iż przyszłość jest rozedrgana i zależy od współczesnych wydarzeń, ale nawet jeśli, to ilustracje nadal są złe.

Po trzecie: origin story Kate Bischop

W poprzednim tomie poznaliśmy losy Clinta w dzieciństwie, więc teraz kolej Kate. W skrócie rozpieszczona panienka z bogatego domu dowiaduje się, iż jej tatuś jest gangsterem i pracuje z superłotrami. Decyduje się więc walczyć z przestępcami, a jej idolem zostaje Hawkeye. Jednak w tomie LA Woman, który dzieje się współcześnie także odkrywa, iż jej ojciec jest zbirem. Jest to amnezja, retcon, czy Lemiere niedokładnie przeczytał run Frictiona? Na początku myślałem, że może to wpływ Tajnych Wojen, jednak wszystko inne z poprzednich tomów zostaje bez zmian. Dość duże niedopatrzenie, moim zdaniem.

Kończ Pan, wstydu oszczędź


Zdaję sobie sprawę, iż niesprawiedliwie jest porównywać dzieło duetu Lemire/Perez z runem Fraction/Aja. Jednak mamy prawo oczekiwać czegoś nowego zarówno w warstwie scenariusza, jak i wizualnej. Niestety obaj panowie spisują się poniżej naszych oczekiwań.


Poprzedni autorzy uczynili z Clinta i Kate sympatycznych, lubianych i wielowymiarowych bohaterów. Ten tom jest rozczarowujący, a spadek formy musiał być zauważony także przez włodarzy Marvela, gdyż seria została skasowana po tylko 6 zeszytach. Wielka szkoda. Możemy tylko liczyć na to, iż zapowiadany na końcu tego wydania, tom pt. Hawkeye: Kate Bishop będzie znacznie lepszy.

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.









LEAVE A RESPONSE

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

+ 5 = 14

Komiksami i superbohaterami interesuję się od dziecka. Postanowiłem rozwijać swoją pasję oraz dzielić się nią z innymi. W ten sposób powstał projekt Herozone. Zapraszam do lektury, do komentowania i do wspólnego delektowania się światem superbohaterów.